11 dni pedałowania, czyli studenci nad Wielką Wodą

2008-08-26
11 dni pedałowania, czyli studenci nad Wielką Wodą

11 dni na siodełku – setki przepedałowanych kilometrów, kilkadziesiąt odwiedzonych miejscowości, nieprzeliczone rozmowy z „tubylcami” oraz morze zdjęć – taki jest plon pobytu nad Naroczą grupy polskich studentów z Wilna i Grodna. Wybraliśmy się tam, aby w ramach projektu finansowanego przez europejski program „Młodzież w działaniu” zbierać materiały do wystawy poświęconej białoruskiej części Wileńszczyzny – jej dzisiejszym krajobrazom i mieszkańcom, ale choć pobyt upływał nam rzeczywiście „w pocie czoła”, to z całą pewnością Narocz nie będzie nam się kojarzyć z morderczą harówką. Jednak po kolei...

Pierwsze zaskoczenie dopadło nas jeszcze w autobusie – zdawałoby się, że ledwie minęliśmy Nową Wilejkę, a na horyzoncie zamajaczyły się zabudowania przejścia granicznego, dość „na siłę” wkomponowanego w zabudowania wsi o wdzięcznej nazwie Kotłówka. Ci z nas, którzy Białoruś odwiedzali już wcześniej, wiedzieli, że słowo „pośpiech” białoruskim celnikom i pogranicznikom znane jest wyłącznie ze słyszenia. Gorzej było z tymi, którzy zdążyli się przyzwyczaić do schengenowskich granic. Musieli przejść przymusowy kurs cierpliwości – jak się zresztą okazało, umiejętność ta miała nam się jeszcze wielokrotnie przydać podczas pobytu u sąsiada.

Można zresztą powiedzieć, że na białoruskiej granicy przyjęto nas niczym gości honorowych – czym chata bogata. Oszczędzono nam wprawdzie rewizji bagażu (rzut oka na rowery wystarczył, żeby się przekonać, jaki jest nasz „cel pobytu”), ale za to dane nam było poznać Azę – owczarka niemieckiego, który skrupulatnie sprawdził, czy rozbawiona grupa młodzieży nie wwozi czasem ze sobą materiałów wybuchowych lub narkotyków (wszak po studentach można się wszystkiego spodziewać...). W końcu i nasz „pograniczny program rozrywkowy” się skończył i dane nam było wjechać na terytorium pod czerwono-zieloną flagą.

Jako że od granicy dzieli Narocz tylko 70 km (z jedynego „kurortnogo pasiołka” Białorusi jest do Wilna raptem 100 km – zatem dla nas jest to najbliższe uzdrowisko, a Wilno dla nich – najbliższą stolicą), podróż minęła nam już bez przygód. Za to ci z nas, którzy są szczęśliwymi użytkownikami „czterech kółek” nie mogli się powstrzymać od zazdrosnych spojrzeń na mijane stacje benzynowe – 2,5 lita za litr, a do Wilna raptem 40 km!

Narocz, jak się okazało, jest nazwą niezwykle popularną. Wszystko za sprawą topografów-reformatorów z lat 60., którzy zakładając białoruską „letnią stolicę” zamieniali miejscowościom nazwy. Nie brzmiący chwalebnie Kobylnik, jak nazywało się oddalone o kilka kilometrów od jeziora miasteczko, stał się w ten sposób Naroczą. Żeby jednak nie było zbyt prosto, w tym samym czasie połączono kilka wsi położonych nad samym brzegiem w jedną miejscowość-kurort. A jak go nazwano? Nietrudno się domyślić. Jeszcze gorzej z fantazją było u autorów nazw przeróżnych przedsiębiorstw, które w białoruskim uzdrowisku powstawały z myślą o turystach. Okazało się zatem, że obok sanatorium Narocz istnieje baza turystyczna o tej samej nazwie, hotel i hotel turystyczny. W tej sytuacji fakt, że jeden z lokali gastronomicznych nosił nazwę Naroczanka, świadczył o niezwykłej oryginalności autora nazwy. Intrygującej nas natomiast tajemnicy, czym różni się hotel od hotelu turystycznego nie udało nam się wyjaśnić.

Pobyt w Naroczy w Naroczy nad Naroczą koło Naroczy (czyli w hotelu Narocz położonym w miejscowości-kurorcie Narocz nad jez. Narocz koło miasteczka Narocz) zaczęliśmy w świetnych humorach. Miła obsługa zakwaterowała nas w naszych pokojach, których standard, choć niewysoki, i tak był wyższy od płaconych za nie ceny, oraz pozbawiła nas paszportów – żeby później w pocie czoła sporządzać listę zameldowanych w hotelu innostrańców.

Był też czas na pierwsze na Białorusi zakupy i pierwsze przygody z większą liczbą zer na banknotach. No właśnie! Banknotach. Monet na Białorusi w obiegu nie ma... Przy okazji szybko nauczyliśmy się odróżniać w sklepach tubylców-Białorusinów od Rosjan-turystów, i to wcale nie ze względu na inną wymowę. Po prostu widok człowieka, który stojąc przy kasie z wyrazem paniki ogląda trzymany w ręku ogromny plik banknotów, żeby w końcu wręczyć go ekspedientce ze słowami „proszę sobie wybrać” nieomylnie zdradzał kogoś, kto żyje w kraju niższych nominałów i metalowego pieniądza. Do końca pobytu zresztą niektórzy z nas od Rosjan różnili się przy kasach tylko akcentem...

Dokładne oględziny największego na Białorusi (a przed wojną – w Polsce) jeziora odłożyliśmy na później, a tymczasem, przed przyjazdem białoruskiej części grupy, zajęliśmy się kwestią bardziej palącą – jedzeniem. Nie szukaliśmy daleko. Na parterze naszego hotelu znajdowało się kafe o wdzięcznej nazwie... Nie! Wcale nie Narocz! Kafe nazywało się Kupa. Tajemnica tej niezwykle „apetycznie” dla Polaków brzmiącej nazwy okazała się prosta – po prostu wieś, która znajdowała się wcześniej w tym miejscu, nosiła właśnie taką nazwę.

Pierwszego dnia mieliśmy jeszcze wrażenie, że obsługa nie grzeszy szybkością, ale był to typowy błąd przyjezdnych, nie nawykłych do tempa kurortowego życia. Po kilku dniach i eksperymentach z innymi lokalami zaczęliśmy uważać Kupę za coś wręcz w rodzaju fast-foodu... Po tym, jak okazało się, że odbywają się tam dyskoteki, zyskała ona szybko naszą sympatię - niekoniecznie wzajemną, zwłaszcza ze strony jednej z kelnerek, która uparcie, do końca pobytu, odmawiała nam parówek po brzesku (nawet kiedy jej koleżanki podawały je w tym samym czasie innym z nas). W ten sposób zresztą udało jej się zrobić z prozaicznych parówek w cieście „specjalność zakładu” - każdy chciał spróbować czegoś, co tak trudno osiągalne.

Wkrótce dotarła do nas grupa naszych grodzieńskich partnerów. Mimo braku atrakcji w postaci granicy, wymęczeni byli bardziej od nas – niefrasobliwość jednego z autorów projektu, który „na oko” uznał, że z Grodna do Naroczy jest 200 km (w rzeczywistości - 350), kosztowała ich podróż upakowanym po dach busikiem – normalny autobus na niemal dwa razy dłuższy dystans „nie zmieścił się” w budżecie... Daliśmy im zatem odpocząć, zanim przeszliśmy do zajęć zapoznawczych – ze sobą nawzajem i oczywiście z samym jeziorem.

Ponieważ na plaży znaleźliśmy się już po zmroku, nie wszyscy zdecydowali się na kąpiel. Okazało się przy tej okazji, że wchodzenie do wody w ciemnościach w nieznanym miejscu może być niebezpieczne. Bynajmniej nie ze względu na ryzyko utonięcia (w Naroczy można się zmęczyć, zanim wejdzie się głębiej niż po pas w wodę) – po prostu po ciemku nie dostrzegliśmy gęsto rozstawionych nad brzegiem tablic z informacją, że ze względu na liczne ptactwo wodne może wystąpić wysypka i zaleca się po kąpieli przyjęcie natrysku. Nieświadomi tego amatorzy nocnego pływania spędzili potem dzień pracowicie się drapiąc...

Kim jesteśmy? To egzystencjalne pytanie nie męczyło bynajmniej nas. Nie mieliśmy z własną tożsamością najmniejszych problemów – nikt z nas nie miał wątpliwości, że jesteśmy grupą studentów, która postanowiła połączyć przyjemne z pożytecznym i zbierając „na siodełku” materiały do zamierzonej wystawy, poznać okolice Naroczy i ich mieszkańców, no i po prostu aktywnie wypocząć. Jednak dla statecznych naroczańskich kuracjuszy (a ze względu na mnogość sanatoriów takich odpoczywających jest w Naroczy większość) oraz znudzonej mińskiej młodzieży, zaglądającej nad „białoruskie morze” na dłuższe lub krótsze weekendy, stanowiliśmy niewątpliwą atrakcję. Ponad dwadzieścia młodych osób na rowerach, kręcących się po miejscowości w koszulkach i czapeczkach z charakterystycznym logo, wzbudzało zainteresowanie. Jak się okazało, domysły były jeszcze ciekawsze, niż rzeczywistość. Przekonaliśmy się o tym, kiedy trzeciego dnia pobytu, w ramach zasłużonego odpoczynku po spędzonych na dwóch kółkach godzinach, postanowiliśmy urządzić sobie piknik.

Zajmując wieczorem kącik plaży nie spodziewaliśmy się jeszcze, jaką furorę zrobimy. Kiedy jednak po zmaganiach z instrukcją składania (po ciemku montaż nie był tak trywialny, jak by się mogło wydawać) zapłonął nasz grill w rozmiarze XXL (w końcu na kiełbaski czekało 25 głodnych osób), zaczęli się nami interesować przechodnie oraz młodzież z plażowej dyskoteki. Nie zabrakło i przedstawicieli władz, przy czym patrol milicji miał niejaki problem z prawną definicją naszej „kuchni”. W Naroczańskim Parku Narodowym „zabrania się palenia ognisk poza wyznaczonymi miejscami”, nie do końca tylko jasne było, czy grill jest ogniskiem. Ostatecznie milicjanci uznali, że nie, i życzyli nam miłego wieczoru. A ten był nie tylko miły, ale i interesujący. Jakież to hipotezy na nasz temat nie padały! Najmilej dla nas zabrzmiały „wyróżniające się osobowości”, ale najpopularniejsza była „wspólnota”, choć jaki konkretnie kult nasza „wspólnota” miałaby reprezentować nie udało nam się dowiedzieć. Doszło do tego, że kolejny patrol, który przybył się nam przyjrzeć (zapewne zachęcony opowieściami kolegów o dziwnej grupie z plaży) powitaliśmy już z daleka okrzykiem „My nie sekta!”. Silniejsi z nas udali się potem na wspomnianą dyskotekę, kontynuując uświadamianie roztańczonej młodzieży, kim właściwie jesteśmy. Mniej wytrzymali (i bardziej objedzeni) pociągnęli na nocleg, aby choć trochę wyspać się przed kolejnym dniem na rowerze.

Przyznać trzeba, że te oznaki zainteresowania, jakie nam okazywano, mile podbechtały naszą próżność. Kiedy tydzień później rozstawiliśmy grill w tym samym miejscu i przez cały wieczór nie spojrzała w naszą stronę nawet milicja, poczuliśmy się niemal zlekceważeni...

Czas opowiedzieć o tym, co było naszą nadnaroczańską codziennością – o pedałowaniu. Na opisanie wszystkich naszych tras, pieczołowicie zaznaczanych na mapie, nie starczyłoby pewnie sił do pisania. I do czytania zresztą też.

Turystyczne mapy, którymi się posługiwaliśmy, warte są zresztą wzmianki jako świetny przykład białoruskiej dwujęzyczności. Mianowicie nazwy miejscowości na drogowskazach i kierunkowskazach napisane były po białorusku, a na mapie – po rosyjsku. Różnica jest oczywiście minimalna i nie sprawiała nam żadnego kłopotu, ale zaczęliśmy się kiedyś zastanawiać, jak czułby się w takiej sytuacji ktoś, kto nie zna cyrylicy i usiłowałby porównywać pisownię nazw na mapie i w terenie...

Czerwona czapeczka, biała koszulka (ozdobione logiem naszego projektu), odblask, mapa Naroczańskiego kraju w kieszeni. Ostatni sprawdzian sprawności roweru i… ruszaliśmy. Tak wyglądał początek każdego naszego „rowerowego” dnia.

Pierwszego dnia ruszyliśmy niedaleko, jednak to był pierwszy dzień wyprawy. Chcieliśmy tylko zwiedzić okolice. I wioskę o wdzięcznej nazwie Nanosy, znajdującą się na „nosie” - półwyspie na jeziorze Narocz.

Po pokonaniu niewielu, bo około 10 km, byliśmy na miejscu. Krótka rozmowa z mieszkańcami, wypróbowanie smaku studziennej wody. Wstąpiliśmy także na cmentarz, bo właśnie tam pozna się historię miejscowości. Na jednym cmentarzu są tutaj pochowani prawosławni i katolicy. Spytaliśmy o to „tutejszych”.

- Nic w tym dziwnego nie ma – tłumaczył nam jeden z mieszkańców. – Kiedyś każda władza prześladowano albo katolików, albo prawosławnych. Dlatego też ludzie zmieniali wiarę w zależności od sytuacji. Ludzie chcieli żyć…

Okazało się, że do samego „czubka nosa” Naroczy mieliśmy jeszcze kawał drogi do pokonania. Droga zamieniła się w dobrze udeptaną ścieżkę, potem i dobrze udeptana gdzieś zniknęła. Wreszcie stanęliśmy na samym końcu tego malutkiego półwyspu. Niestety, zawiedzeni widokiem – dookoła nas woda, brzeg nie nadający się do kąpieli… Za to ile radości miały komary! To, z jaką łapczywością napadły na nas mogło świadczyć tylko o jednym – mało kto śmiał się zapuścić przed nami tak daleko.

Jedną z największych atrakcji rowerowych naszego pobytu, która zostanie w pamięci pewnie na długie lata, była wyprawa nad Błękitne Jeziora. Zdecydowaliśmy się na nią dopiero po tygodniu pobytu. Wówczas już nawet ci z nas, którzy przed wyjazdem nie za bardzo umieli jeździć na rowerze, czuli się na nim pewniej, niż chodząc pieszo. Jak na doświadczonych cyklistów przystało zaczęliśmy od sprawdzenia na mapie, co nas czeka.

Mapa obiecywała nam ciekawą, choć pozbawioną fajerwerków podróż – ot, około 40 km przeważnie leśnych dróg, kilka wsi z zabytkami, no i same Błękitne Jeziora – rezerwat nazywany przez nasz przewodnik „perłą Białorusi”. Dość, żeby spędzić na siodełku długi, ale umiarkowanie męczący dzień. Na początku zresztą wydawało się, że tak właśnie będzie. Dotarliśmy asfaltówką do Małej Syrmieży – wsi odległej o kilka kilometrów od Naroczy i obok przydrożnego krzyża świadczącego o katolickim charakterze mieszkańców skręciliśmy na leśny dukt, którym dotarliśmy do cmentarza – dla odmiany prawosławnego. Do takiej mozaiki zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Przydrożne krzyże na przemian „z kreską” i bez, rodzinne groby łączące katolików i prawosławnych, czy z żywszych przykładów – drużyna futbolowa naroczańskiej parafii katolickiej, w której większość stanowią podopieczni popa a nie księdza...

Nic nie podejrzewając pedałowaliśmy dalej, szybko jednak nasz dobry humor zaczął się wyczerpywać. Okazało się, że niewinnie wyglądający na początku leśny dukt szybko zaczął się przeradzać w trasę dla ekstremalnych kolarzy górskich. Pokonaliśmy kilka leśnych strumyczków i ciągnące się między nimi błota, na widok jednak zaoranej drogi skapitulowaliśmy. Przyszło nie jechać na rowerach, a je nieść. Kiedy już wydostaliśmy się na lepszą nawierzchnię, pomysłodawcy tak ciekawej trasy przyszło wysłuchać wielu „ciepłych” słów... Dalej było już jednak lepiej – przynajmniej jeżeli chodzi o jakość nawierzchni.

Po konsultacjach z mieszkańcami wyjechaliśmy z zagubionej wśród lasów wsi Mielniki od razu we właściwym kierunku, co nie było proste, jeśli uwzględnić, że o ile trasy asfaltowane zgadzały się z mapą w 100%, o tyle mniej ważne szlaki umieszczono na niej dość dowolnie. Po kolejnych kilku kilometrach przez las pojazdy niektórych z nas zaczęły szwankować. Bartek mierzył się z odkręcającym się uporczywie pedałem, a niżej podpisany zrozumiał, dlaczego jego rower od kilku dni podejrzanie skrzypiał – przyczyną okazała się pękająca powoli rama. W tych warunkach dotarcie do drogi Wilno – Połock powitaliśmy z nieudawaną radością. Pobliska wieś dawała szanse na posiłek, odpoczynek i... kogoś z właściwymi kluczami (żaden z posiadanych przez nas nie był w stanie pomóc Bartkowi) oraz spawarką.

Konstantynowo pomogło nam jednak tylko połowicznie. Wiejski sklepik z uprzejmą i złotozębą „ekspedientką III kategorii”, panią Natalią zaspokoił pierwszy głód i pragnienie, ale znalezienie mechanika ze spawarką już nam się nie udało. Niestety, przy okazji okazało się, że nie wyczerpaliśmy jeszcze limitu pecha na tej wyprawie – Pawła ukąsiła rozzłoszczona osa i trzeba było zacząć szukać jeszcze lekarza ze środkami odczulającymi. W tej sytuacji wybawieniem miała być dla nas kolejna wieś – Komarowo. Znalazł się tam i punkt medyczny, i właściwy klucz, i nawet uprzejmy spawacz.

Z Komarowa do Olszewa, położonego tuż obok Błękitnych Jezior, drogę mieliśmy już prostą. Trzeba przyznać, że kiedy mocno zmęczeni dotarliśmy nad zachwalaną nam „perłę Białorusi”, nie poczuliśmy się oszukani. Nie dość, że same jeziora, choć w porównaniu z Naroczą wręcz mikroskopijne, okazały się nieopisanie malownicze, to jeszcze wytyczono tam specjalny szlak turystyczny, dbając o jego właściwe opisanie. Wyraźnie robiono to z myślą o pieszych, a nie cyklistach, stąd przygody przy forsowaniu z rowerami po wąskiej kładce rwącej, podobnej do górskiego strumienia rzeczki Straczy czy wnoszenie naszych pojazdów na punkt widokowy, ale Błękitne Jeziora wynagrodziły nam wszystko. Kryształowo czysta woda, cisza, spokój, niezapomniane widoki... Niech żałują ci z nas, którzy nie pojechali!

Droga do domu minęła nam już bez przygód. Mimo że wyczerpani, jednomyślnie postanowiliśmy wracać trasą dłuższą, ale za to w całości asfaltowaną...

Oczywiście nie każda trasa była tak wyczerpująca i nie każda kończyła się nad „perłą Białorusi”, ale każdego dnia zdarzało się coś, o czym warto by napisać i codziennie mogliśmy oglądać coś, co warto zobaczyć. Prozaiczny brak miejsca nie pozwala napisać szerzej o naroczańskim proboszczu, ojcu Bernardzie, karmelicie bosym spod Nowego Targu, który swoją posługę na Białorusi zaczynał jeszcze wówczas, kiedy wciąż trwał „Związek niewzruszony”. Nie podzielimy się także wrażeniami ze zwanego „białoruską Częstochową” Budsławia, maleńkiej wsi z ogromną bazyliką i cudownym obrazem Matki Boskiej. Zabraknie opowieści o dziwnej białoruskiej rzeczywistości, gdzie jedna kuchnia może obsługiwać dwie kafe, a w sobotę (dzień wesel!) może się okazać, że w mieście rejonowym nie ma gdzie się najeść, bo wszystkie (trzy) lokale są zarezerwowane... Nie przeczytacie historii o jednej z uczestniczek, która swoich imienników o dość rzadkim nazwisku znalazła najpierw na jednym z wiejskich cmentarzyków, a chwilę później... również „na żywo”. Nie dowiecie się, kim jest Ania-karmicielka ze Świra. Częścią tych przygód postaramy się podzielić podczas wystawy, a część... cóż, pozostanie słodką tajemnicą uczestników naszego projektu.

Czeka nas jeszcze wiele pracy, teraz już przy komputerach. Musimy te wszystkie zdjęcia, a jest ich ponad sześć tysięcy, przejrzeć i wybrać z nich te, które naszym zdaniem są najbardziej ciekawe i wartościowe. Musimy przesłuchać nagrania – łącznie ponad pięć godzin rozmów z mieszkańcami, księżmi, znawcami kultury i historii Naroczańskiego Kraju. Przypomnieć sobie pogadanki z „tutejszymi”, których nie udało się nagrać. Omówić i przedyskutować wszystko do najmniejszych szczegółów.

Wszystko po to, żeby wystawa, która na początku zostanie pokazana w Wilnie, potem w Grodnie, a w przyszłości dotrze też pewnie do odwiedzonych przez nas miejscowości, była warta tego wysiłku pedałowania przez więcej i mniej przejezdne drogi.

A co dalej? Pewnie w następnym roku, jeżeli nam się uda, znów się gdzieś wybierzemy. By po raz kolejny „nie tak, jak wszyscy” odkryć wszystkim znane, ale nadal mające swoje tajemnice zakątki naszego lub sąsiedniego kraju. W czasie spotkań już padają propozycje. Jakie? To na razie nasz sekret…

Koordynatorzy projektu
Michał Erenz
Katarzyna Kuckiewicz

Projekt, finansowany przez UE
Projekt Klubu Studentów Polskich „Wielokulturowość na Wileńszczyźnie – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość?” jest realizowany przy wsparciu programu Unii Europejskiej „Młodzież w Działaniu”.

Zdjęcia:

  1. Rowery odpoczywają… Gdzieś obok odpoczywamy i my Fot. Agnieszka Sawicka
  2. Nikogo chyba nie zdziwi, czemu każdy uczestnik wyprawy jeszcze i teraz nuci „na nedelku da vtarova, ja ujedu v Kamarova…” Fot. Jan Giełda
  3. Ciemna strona Błękitnych Jezior – schody, rower swój (i koleżanki) do wciągnięcia… Fot. Jan Giełda
  4. A nam się wydawało, ze my robimy coś niezwykłego… Ten podróżnik (po lewej) sam piechotą idzie już od Nieświeża Fot. Zbigniew Bortkiewicz
  5. Tradycyjne foto przy Leninie Fot. Elżbieta Jankowska
  6. Naprawa roweru w warunkach polowych Fot. Paweł Baliko
  7. Białoruś krajem równości Fot. Michał Erenz
  8. Na szlaku Fot. Zbigniew Bortkiewicz
  9. Długa droga przed nami Fot. Elżbieta Jankowska